Popłakałam się! Nie mogłam powstrzymać łez czytając tę książkę, a nie zdarza mi się to często. Było to tak: koleżanka wręczyła mi książkę i powiedziała: „Przeczytaj, warto”. Wzięłam więc książkę do domu i następnego dnia zaczęłam ją czytać. Spodziewałam się lekkiej treści, jakiejś kolejnej romantycznej miłości, takiej sobie sympatycznej, odprężającej poczytajki…Czytałam, czytałam, czytałam…
Ciekawa historia. Sami dobrzy ludzie, żadnych „czarnych charakterów”, no może kilka w bardzo dalekim tle. I ci dobrzy ludzie muszą podjąć decyzję, dokonać wyboru. Wybierają, żyją z konsekwencjami tej decyzji kilka lat i nagle okazuje się, że może jednak popełnili błąd…Ich świat się wali.
I tu zaczynają się emocje. Byłam podekscytowana. W pewnym momencie popłynęły mi łzy, ścisnęło w gardle i tak do końca. Ach, jak ja nie mogłam doczekać się zakończenia! Jednocześnie tego zakończenia się obawiałam.
Trudno mi tak pisać o książce, żeby zdradzić jak najmniej. Dlatego piszę o towarzyszących mi podczas lektury emocjach. Być może, gdybym przeczytała ją w innym okresie mojego życia, to odebrałabym ją spokojniej. Zawsze jednak wzrusza mnie los dziecka.
Przeczytałam, ale jeszcze przez jakiś czas błądziła mi po głowie myśl (wcale nie odkrywcza), że nigdy nie wiemy czy podejmujemy słuszną decyzję i dla kogo dobrą. Upłynęło sporo czasu. Książka przeszła w kolejne ręce, ale ja ciągle ją pamiętam: „Światło między oceanami” M.L.Stedman