Jest tak dużo książek do przeczytania, że trochę się gubię w wyborze. Oczywiście przyciągają wzrok te ze znanymi nazwiskami na okładce. Czasami jednak autor lub bohater ma niewiele do powiedzenia, ale na fali popularności, pisze książkę o swoim życiu. No i właśnie ma niewiele do powiedzenia. Władysław Bartoszewski takim autorem na pewno nie jest.
Zazwyczaj nie interesuje mnie polityka. Na Władysława Bartoszewskiego w pewnym momencie zwróciłam jednak uwagę. Tak jakoś w ucho mi wpadła jedna z jego wypowiedzi. Zainteresował mnie jako człowiek, a nie jako polityk. Szanuję ludzi za ich mądrość życiową i odpowiedzialność za wypowiadane słowa. Nie znaczy to jednak, że z zapartym tchem śledziłam jego wystąpienia, ale ciągle postrzegałam go jako interesującego człowieka.
Książka Władysława Bartoszewskiego „Życie trudne, lecz nie nudne” to zapis jego rozmów przeprowadzonych przez Andrzeja Friszke. Opowiada o latach jego życia od roku 1922 do 1970, a żył jeszcze potem 35 lat. Celowo jednak wybrałam z kilku jego książek właśnie tę. Byłam ciekawa opisu akurat tych czasów, zwłaszcza powojennych, przez człowieka, któremu intuicyjnie zaufałam.
Książka liczy sobie 550 stron większego formatu. Nie czyta jej się „jednym tchem”, ale mnie nie zawiodła. Autor wspomina lata swojego dzieciństwa, dojrzewania, działalności w życiu politycznym i społecznym. W książce padają nazwiska osób znanych z historii i literatury. Autor stara się być obiektywny w swoich ocenach, ale czasami wyczuwa się, że czyjeś zachowanie mu się bardzo nie spodobało.
Nie znam Warszawy. Niewiele więc skorzystałam z opisów miejsc, ale z zainteresowaniem czytałam relacje ze spotkań z poznawanymi ludźmi, działalności w podziemiu, pobytu w Oświęcimiu, a w latach powojennych, w więzieniu.
Stefan Kisielewski w książce „Abecadło Kisiela” napisał o Władysławie Bartoszewskim:
„Szalenie wygadany. Pamiętam, że po Październiku były sprawy sądowe o odszkodowania za więzienia. Powoływano Bartoszewskiego na świadka i kiedy sędzia się dowiadywał, że on ma być świadkiem, to nie dopuszczał do rozprawy. Przyznawał odszkodowanie byleby on nie gadał, bo mówił jak maszyna”.
Uważam, że warto było poznać jego punkt widzenia.